Generacja Y jest blogiem zainspirowanym ludźmi takimi jak ja, z imionami, które zaczynają się na „y” lub zawierają w sobie tę literę; ludźmi urodzonymi na Kubie w latach 70. i 80., naznaczonymi szkołami wiejskimi, rosyjskimi kreskówkami, nielegalnym wychodzeniem i frustracją. Zapraszam więc w sposób szczególny Yanisleidi, Yoandri, Yusimí, Yuniesky i innych, którzy ciągną za sobą swoje "y", aby czytali tego bloga i kontaktowali się ze mną.


  • Generacja Y jest blogiem zainspirowanym ludźmi jak ja, z imionami, które zaczynają się lub zawierają literę „y”. Urodzonymi na Kubie w latach 70. i 80., naznaczonymi szkołami wiejskimi,rosyjskimi kreskówkami, nielegalnym wychodzeniem i frustracja. Zapraszam więc w sposób szczególny Yanisleidi, Yoandri, Yusimí, Yuniesky i innych, którzy ciągną za sobą swoje "y" by mnie czytali i do mnie pisali.

  • Spanish     English     French     German      Italian      Lithuanian      Japanese      Chinese      Portuguese      Checo      Búlgaro      Holandés     

Kiedy ostatnim razem Plac Rewolucji wypełniony był po brzegi ludźmi, Benedykt XVI wygłaszał homilię w Hawanie. Dziennikarze transmitujący przebieg uroczystości z dziwnym uporem podkreślali, że w tej mszy wzięli udział „wierzący i niewierzący”. Dla uszu niewprawionych w oficjalną doktrynę kubańską takie zapewnienie mogłoby brzmieć jako gest integracji czy tolerancji. Chodziło jednak o podkreślenie, zupełnie pozbawione subtelności, że ani cała ta masa nie była katolicka, ani papież nie mógł liczyć wśród nas na tak liczną trzodę. Jeżeli wziąć pod uwagę każde słowo wypowiedziane przez reprezentantów rządu, Kubańczycy zebrali się tam z powodu „dyscypliny”, by być „uczciwym” narodem, a w żadnym wypadku z powodu wiary.

Zastanawiam się, czy z okazji Pierwszego Maja transmisje też będą pełne takich przeciwstawnych przymiotników. Mogliby na przykład powiedzieć, że tego dnia robotnicy maszerują zarówno jako „rewolucjoniści jak i nie rewolucjoniści”, co nie byłoby niczym absurdalnym w dniu, w którym wszystko powinno mieć oblicze pracownicze i związkowe, a nie polityczne. Wyobrażacie sobie poważny głos spikera, zapewniającego, że w tym tłumie maszerują zarówno „pracujący i niepracujący”? Ci ostatni stanowiliby  niewątpliwie najsilniejszą grupę, skoro liczba pozostających bez pracy w 2012 roku sięga 170 tysięcy w skali kraju. Ci siedzący przed mikrofonami powinni rozróżnić w tłumie, znajdującym się przez statuą José Martí „sympatyzujących i niesympatyzujących” z rządem Raula Castro. W przeciwnym razie kto uwierzy, że w milionowym tłumie indywiduów wszyscy zgadzają się z administracją prezydenta?

Nie będzie niespodzianek ani niuansów, tylko próba zebrania i pokazania setek tysięcy uczestników jako jednomyślnego chóru wspierającego system. I Pierwszy Maja zostanie skradziony, jak tyle razy przedtem. Z trybun pozdrawiać będą ci, którzy powinni być umieszczeni i skrytykowani na transparentach, a nie prowadzić obchody święta ludzi pracy. Dzień zakończy się bez wymuszenia na tym opiekunie zwanym Państwem podniesienia pensji, obniżenia kosztów życia czy poprawienia warunków pracy. Zamiast tego każda głowa widoczna z wieży Placu będzie policzona jako wyraz uznania. Każda paradująca osoba policzona zostanie jako oddany „wyznawca” Partii, jako ktoś, kto nie wątpi, nie pyta, nie wymaga.

 

tłumaczenie: Karolina Popović

redakcja: Anna Pawłowska

Z mikrofonem przy ustach i długimi dredami niespokojnie opadającymi na plecy, Raudel Collazo na scenie: poci się, śpiewa, mówi i za każdym razem jego muzyce towarzyszą salwy oklasków. Po koncercie wróci do domu w Güines, do wąskich i dziurawych chodników, którymi chodzi, odprowadzając  swoją córkę do szkoły oraz wróci do matki noszącej biały szal obwiązany dookoła głowy. Film dokumentalny w reżyserii Anthony’ego Bubaire’a i Ricarda Figueredo opowiada o mężczyźnie dzielącym ciało z muzykiem, którego twórczość została zakazana. Film obnaża jego lęki, które się pojawiają w formie tekstów grupy Escuadrón Patriota (Szwadronu patriotycznego). Aby fabuła była kompletna, kamera obejmuje swoim okiem również kadry z codziennego życia rodzinnego i osobistego, o których mowa w piosenkach.

Raudel, który w dobrze znanym utworze Dekadencja wyraża poprzez muzykę niepokoje Kubańczyków, jest główną postacią tego czarno-białego filmu. W ostatniej edycji konkursu Młodych Talentów (Muestra Joven) zorganizowanym przez Instytut Sztuki i Przemyslu Kinematograficznego (ICAIC) dzieło zostało ocenzurowane. Incydent spowodował rezygnację wybitnego filmowca Fernanda Pérez, który przewodniczył całemu przedsięwzięciu i wcześniej skutecznie walczył z podobnymi próbami wykluczenia. W ciągu dwunastu lat audiowizualna przestrzeń treści niezależnych była polem do popisu dla rożnorodnej twórczości, która poruszała na Kubie tematy tabu dotyczące kultury, społeczeństwa czy polityki. To, co się stało na początku kwietnia, było dużym niepowodzeniem dla tych, którzy wcześniej odważyli się doprowadzić do zaistniałej sytuacji.

Dla zagranicznego widza w ciągu 45 minut będzie trudno odgadnąć powód demonizacji tego dokumentu. Na ekranie pojawia się facet, który rozmawia, kocha, wyraża swoje poglądy; porusza takie tematy jak rasizm, zdrowie publiczne czy postępy w budowie własnego domu… Nikt tu nie nawołuje do przemocy społecznej ani nienawiści, a tym bardziej nie podburza do przewrotu. Film ukazuje rozciągniętego na łóżku lub jedzącego wspólnie z przyjacielem człowieka, który w muzyce wyraża swoją postawę obywatelską, a w refrenach piosenek domaga się przywrócenia odebranych mu praw. Najwidoczniej, cenzorzy musieli zauważyć niebezpieczeństwo, które niesie ze sobą opowieść o wybudzeniu obywateli i pokazaniu im wrzawy powstałej po przerwaniu milczenia.

*W najbliższy piątek 27 kwietnia o godz. 20.00 premiera filmu dokumentalnego Despertar en Estado de SATS, Calle 1ra no. 4606 e/ 46 y 60 Playa. W ostatnią sobotę projekcja filmu została odwołana z powodu zakłóceń pogody.

Tłumaczenie: Nina Łazarczyk

Mamy ferie szkolne. Przystanki oblegane są przez matki i dzieci, które chcą iść do ogrodu zoologicznego, do oceanarium lub w inne miejsce rekreacji. W Starej Hawanie nie ma ani jednego rogu, na którym nie byłoby tych maluszków, dopominających się o loda i ciągnących swoje matki za spódnicę, by kupiły pizzę. Przed wesołym miasteczkiem zbiera się długa kolejka chętnych do jazdy na autodromie i przejechania się kolejką górską. Tymczasem rodzice sięgają drżącą ręką do portfela. Wiedzą, że w większości przypadków za słodkości i napoje odświeżające będzie można zapłacić tylko w wymiennym peso, chociaż za bilet wstępu do muzeum i kina płaci się w walucie krajowej. Szkoły będą aż do przyszłego poniedziałku miejscami pustymi i cichymi.

Mój syn, który jest w trudnym wieku między dzieciństwem a wczesną młodością też korzysta z tygodniowych wakacji. Wczoraj chciał popływać przez chwilę na plaży na wschód od Hawany i tam też poszliśmy wraz z moim ojcem, który od dekady nie postawił stopy na piasku. Morze było piękne jak zwykle, słońce też wypełniało swoją powinność, a nawet chmury użyczyły nam swego cienia w tym upalnym kwietniu. Mówiąc krótko, natura tego popołudnia dała z siebie wszystko. Mimo to mieszanka apatii i zaniedbania zmieniła oblicze wybrzeża, które znam bardzo dobrze od najmłodszych lat. Naturalnie strefa turystyczna przed hotelem Tropicoco jest nieskazitelnie czysta i pełna policjantów, którzy czuwają nad tym, by żaden Kubańczyk nie „przeszkadzał” obcokrajowcom. Jednak poza tym obszarem komfortu prawdziwa katastrofa ekologiczna pozostaje scenariuszem dla obywateli.

Plaża nie jest już płaska od miękkich fal.. Blisko morza piasek gromadzi się ubity i szary, podczas gdy wiatr wywiał jego najdrobniejsze cząsteczki w kierunku ogromnych wydm pokrytych ciernistymi roślinami. Między ulicą a tym, co było kiedyś miejscem wypadu dla wczasowiczów wznoszą się kopce, które trzeba przeskoczyć, by dojść do morza. Kamienie, fragmenty betonu a nawet kawałki drewna gromadzą się w sporej ilości miejsc wzdłuż brzegu. Boca Ciega, fragment plaży, gdzie przed trzydziestoma laty przychodziły rodziny, a przed dwudziestoma prostytutki ze swoimi klientami, jest dziś miejscem pozbawionym toalet, kawiarni i parasoli. Wygląda jak krajobraz po bitwie. Zdjęcie butów po to, by przejść się chwilę nie jest najlepszym pomysłem z powodu szkła i kawałków metalu. Nie wspominając już o części znanej jako Guanabo, gdzie ścieki nadal spływają do morza. Najgorsze jest to, że na twarzach okolicznych mieszkańców pojawia się gest zapomnienia, opuszczenia, minionego splendoru zamienionego wsól.

Mój syn pluskał się w wodzie, a ja myślałam o tych wszystkich zamkach z piasku, które wznosiłam w tym miejscu. Przywoływałam w myślach tamte malutkie fortece, z których wysokich wież przyszłość wyglądała tak pięknie.

 

tłumaczenie: Karolina Popović

redakcja: Anna Pawłowska

Dziecko w wieku pięciu lat zaczyna chodzić do szkoły, ale blog w tym samym wieku stawał już przed większymi wyzwaniami. Podejmuję dziś wysiłek i staram się przypomnieć sobie tę cichą i bojaźliwą kobietę, którą byłam przed 9 kwietnia 2007 roku, kiedy stworzyłam Generację Y. Niestety, nie udaje mi się. Niknie mi z oczu jej twarz, rozmywa się wobec tych wszystkich pięknych i trudnych momentów, które przeżyłam od czasu opublikowania w sieci swojego pierwszego posta. Już nie umiem wyobrazić sobie siebie bez tego niespokojnego i osobistego dziennika. Mam wrażenie, że zawsze na swój sposób go pisałam. Kiedy indoktrynacja i bezprawie osiągały właśnie swój szczyt, mój infantylny umysł wyraźnie określał rzeczywistość w sposób zakazany, w sposób, który nie byłby dopuszczalny, gdyby te same rzeczy powiedzieć na głos. Zdystansowana nastolatka, jaką się stałam, w dalszym ciągu robiła to samo: tłumacząc sobie codzienność, próbując ją sobie wyjaśnić i uciec od niej.

Pewne jest to, że tamtego poranka, kiedy wychodziłam z domu, by założyć w Internecie ten blog, nikt nie mógł sobie wyobrazić, jak bardzo zmienię się przez ten czyn. Teraz za każdym razem, gdy dopada mnie strach, że policja polityczna Kuby jest „nieomylna”, stosuję egzorcyzm odganiający te myśli, mówiąc sobie „nie wiedzieli, nawet nie przeczuwali, że tamtego dnia założyłam blog”. To, co wydarzyło się od tego czasu, jest wszystkim dobrze znane: pojawili się czytelnicy, zadomowili się w tym miejscu jak obywatele aklimatyzują się w miejscach publicznych; do moich drzwi zapukali inni*, którzy szukali pomocy w stworzeniu własnego miejsca do wyrażania opinii; pojawiły się pierwsze ataki i pierwsze uznania. Po drodze zgubiłam gdzieś tę 32 letnią matkę, która o „skomplikowanych tematach” mówiła tylko szeptem, przejęłam miejsce tej kompulsywnej trzydziestoparoletniej kobiety, która niemal nie wiedziała, jak dyskutować i jak słuchać. Ten blog był czymś w rodzaju doświadczenia w jednej czasoprzestrzeni życiowej nieskończoności egzystencji równoległych.

Już nigdy nie udało mi się iść ulicą incognito. Ten dar niewidzialności zniknął między objęciami tych, którzy mnie rozpoznają a czujnym okiem tych, którzy mnie śledzą. Poniosłam ogromne koszty osobiste i społeczne za te małe migawki rzeczywistości, a jednak bez wątpienia gdybym miała to zrobić jeszcze raz, wzięłabym kartę pamięci i ponownie poszłabym do lobby tamtego hotelu, w którym puściłam w sieć mój inauguracyjny post**.

 

*http://vocescubanas.com/

**http://www.desdecuba.com/generaciony_pl/?p=291

 

tłuamczenie: Karolina Popović

redakcja: Anna Pawłowska


Zdjęcie zaczerpnięte z www.skyscrapercity.com

Po burzy może przyjść nie tylko spokój; także inna burza, huragan, tornado. Kilka dni temu wydawało się nam, że kara zawrze się pomiędzy ubiegłymi poniedziałkiem i środą, że trwać będzie tylko podczas pobytu Benedykta XVI. Podczas tych intensywnych dni żyliśmy jakby między modlitwami a krzykami, na zatłoczonych placach i w zapchanych więzieniach. Telefony komórkowe przestały być narzędziem komunikacji; miast tego zamieniły się w nieme, bezużyteczne pudełka. Dopiero, kiedy papieski samolot odleciał, zaczęto zwalniać nas z więzień, a telefony na nowo zadziałały. Wydawało się, że chociaż w sobotę i niedzielę pozwolą nam złapać oddech od represji.

Jednak każdy autorytarny ojciec wie, że po odmówieniu pokuty dziecko może wybrać pomiędzy całkowitym podporządkowaniem albo nieposłuszeństwem w jeszcze większym stopniu. W niektórych miejscach na Wschodzie udało się przeprowadzić uliczne protesty przeciwko aresztowaniu aktywistów, co uwolniło w następstwie falę represji policyjnych. Wczoraj grupa urzędników i członków Urzędu Bezpieczeństwa przeprowadziła najazd na dom opozycjonisty José Daniela Ferrera; zabrano jego samego, jego żonę oraz przyjaciół. Urzędnicy zabrali także przedmioty, które wydawały im się zagrożeniem dla stabilizacji kraju: książki, gazety, zdjęcia, komputery. Żaden ze świadków nie przypomina sobie, aby uzasadnili oni natarcie na dom okazaniem nakazu rewizji lub konfiskacji, a tym bardziej dokumentu zawierającego motywy aresztowania.

Kiedy klęczenie na grochu, biczowanie i zamykanie w ciemności już nie przynoszą spodziewanych rezultatów, despotyczny patriota wie, że musi zacisnąć pięści. Wierzy bowiem, że nasilenie represji sprawi, iż przemówi on niezadowolonym potomkom do rozumu, lecz w rzeczywistości jedyne co osiąga to zwiększenie buntu. Nawet ci, którzy nigdy nie odważyli się sprzeciwić decyzjom rządu, czują nagle, że kary – za każdym razem częstsze – budzą w nich sympatię do atakowanych, a nie do agresora. Doświadczanie represji przyspiesza w ten sposób proces jednoczenia się obywateli przeciwko totalitaryzmowi. Każde uderzenie, które wymierzone jest w jednego człowieka, może obudzić innego, markującego do tej pory łagodny sen u jego boku. Razem mogą odnaleźć okno, które da im możliwość ucieczki z zamknięcia albo – zamiast tego – przybliżyć moment odesłania papieża do domu.

Tłumaczenie: Olga Bieńkowska

http://www.polskieradio.pl/80/1007/Artykul/553875,Z-diablami-o-wolnosc-Marcin-Sikorski

Zapraszam do wysłuchania.

Karolina Popović

W Guanajay jest park centralny, przypominający parki z większych miast, a w nim majestatyczna altanka. Właśnie tam przez 28 dni Jeovany Jiménez prowadził strajk głodowy, mający na celu przywrócenie mu prawa wykonywania zawodu lekarza. Zakazano mu pracy w 2006 roku, kiedy to zaprotestował przeciw głodowym podwyżkom pensji personelu medycznego. Skarżył się, że to jedynie 48 kubańskich pesos (2 dolary amerykańskie) dodane z wielką pompą do pensji chirurgów, anestezjologów, pielęgniarek i innych pracowników sektora. Wraz z postępowaniem administracyjnym, wymierzonym przeciw niemu, wydalono go również z Partii Komunistycznej, w której aktywnie działał. Pod koniec 2010 roku, wobec braku odpowiedzi instytucji na jego odwołania, otworzył na platformie Voces Cubanas (Kubańskie Głosy – przyp. tłum.) blog Ciudadano Cero (Obywatel Zero – przyp. tłum.).

Po wysłaniu w przeciągu tych pięciu lat wielu listów do Ministerstwa Zdrowia Publicznego (MINSAP), wykluczony dr Jiménez uciekł się do desperackiej strategii, przestał przyjmować pokarmy, aż do przywrócenia go na stanowisko. Przy towarzyszącym mu smutku przyjaciół i ciekawości przechodniów, przemierzających park w Guanajay, Jeovany Jiménez zaczął tracić kilogramy i nadzieję. Od piątego marca odmawiał jedzenia i widział tylko dwa rozwiązania: albo zarzuci strajk głodowy bez osiągnięcia celu, albo skończy w trumnie. Najbardziej nieprawdopodobnym scenariuszem było przywrócenie go do pracy jako lekarza, zważywszy na upór instytucji w momencie naprawiania niesprawiedliwości. A jednak zdarzył się cud.

W zeszłą niedzielę dwóch pracowników Ministerstwa Zdrowia przyniosło Jeovany’emu Jiménezowi rozporządzenie numer 185, w którym to zezwala mu się na powrót do pracy w zawodzie. Co więcej, zwrócą mu pensje, które nie były mu wypłacane w ciągu tych sześciu lat bezrobocia. By osiągnąć to „szczęśliwe zakończenie” dr Jiménez miał za główną broń wytrwałość, którą wielu jego znajomych postrzegało jako obsesję. Ten protest, bez podtekstu politycznego, a dotyczący spraw zawodowych, był wspierany przez to cudowne urządzenie jakim jest Internet oraz przez mikrofony dziennikarzy, rozgłośnie radiowe i telewizyjne, które rzuciły światło na tę nieproporcjonalną karę administracyjną. Ostatnie słowo miało jednak jego własne ciało. To ciało, które naraził na ryzyko, by przywrócono mu prawo do leczenia innych. Ten lekarz, tak walczący o to, by powrócić do pracy, ze stetoskopem na piersi, w białym fartuchu i z szablonem na recepty, zasługuje na coś innego, zasługuje na dyplom ze złota.

tłumaczenie: Karolina Popović
redakcja: Anna Pawłowska

http://ciudadanocerocuba.wordpress.com/

http://vocescubanas.com/

 

Zdjęcie pochodzi ze strony: www.elheraldo.hn/

W styczniu 1998 roku pod koniec mszy odprawianej przez Jana Pawła II rześki podmuch wiatru przemknął przez rozległy dziedziniec Placu Rewolucji. Mojemu synowi siedzącemu na barana u swojego taty zupełnie poczochrał włosy. Nawet sam papież na zakończenie homilii odniósł się do obecności tego figlarnego wiatru, który wszystkim potargał włosy. “Spiritus spirat ubi vult et vult Cubam” powiedział. Chwilę później wróciliśmy do domu w tłumie tysięcy osób ubranych na biało i żółto. Od tamtej pory, mam nieustanne wrażenie, że wicher nie przestał w nas uderzać. Co więcej, tamten podmuch wiatru przeszedł przez wyspę, aby nami potrząsnąć.

Benedykt XVI nie zawitał jeszcze na Kubę i czasem ta pamiętna wichura wciąż wybudza nas z letargu. Wierni oczekują z niecierpliwością przyjazdu papieża oraz mają nadzieję, że jego wizyta przyczyni się do wzrostu roli Kościoła w naszym społeczeństwie. Ci, którzy przez lata musieli ukrywać krzyże ze strachu przed radykalnym ateizmem, mogą odetchnąć z ulgą dzięki stopniowemu zanikaniu nietolerancji religijnej. Ogromnym sukcesem wydaje się niektórym fakt transmitowania mszy przez telewizję państwową czy pozwolenie na przeprowadznenie procesji z wizerunkiem Matki Boskiej. Jednak, każda minuta w zdobyta przez duchownych środkach masowego przekazu jak i każde słowo, które padło w trakcie negocjacji z rządem, niosą ze sobą pokłady trudu i bólu. Dlatego, powiedzmy sobie szczerze, tajemniczość katakumb lepiej wypada w połączeniu z dyskursem Chrystusa niż z łatwo osiągalnym dostępem do tronu.

Na około dwadzieścia cztery godziny przed przyjazdem papieża scenariusz jego pobytu na Kubie już czeka, przygotowany niekoniecznie przez komitet Watykanu. Rząd Raula zatroszczył się o „czystki ideologiczne”, aby uniknąć obecności wielu działaczy, dysydentów, opozycjonistów, dziennikarzy niezależnych, alternatywnych blogerów i innych nonkonformistów na placu, na którym będzie przemawiał papież. „Zalecenia” niewychodzenia z domu, wyolbrzymione akcje operacyjne, aresztowania, głuche telefony, deportacja mieszkańców ze wschodniej części wyspy w celu uniemożliwienia im przyjazdu w najbliższy poniedziałek na Plac Antonio Maceo. Aktualna fala nietolerancji przypomina czasy, w których fanatycy materialistycznej i dialektycznej rewolucji zdzierali szkaplerze i spluwali na sutanny. Oczywiście już się nie prześladuje wiernych z powodu różańca, ale ludzie w dalszym ciągu są szykanowani ze względu na swoje poglądy. Obecnie, ktoś, kto posiada obraz Świętego Serca Chrystusa nie ryzykuje utraty pracy, ale wiara w istnienie wolnej Kuby może go naznaczyć i narobić mu wielu kłopotów. Modlitwa w miejscu publicznym jest już dopuszczalna, ale krytyka rządu to grzech, a nawet bluźnierstwo.

Kwestia, czy partii działającej w duchu leninizmu marksizmu uda się zepsuć tę wizytę, pozostaje w rękach i głosie Benedykta XVI. Jego oczy mogą zauważyć w kubańskim stadzie brak wielu owieczek, którym skutecznie utrudniono dotarcie na mszę papieską. Do jego uszu należy decyzja, czy słuchać głosów w dali za tymi oficjalnymi czy kościelnymi. Papież, który jako głowa Kościoła przy każdej okazji podkreśla swoją tysiącletnią mądrość, powinien zdawać sobie sprawę, że jego wizyta ma decydujący wpływ na obecność i losy wiary katolickiej w przyszłości narodu. W jego rękach, głosie i uszach leży nadzieja, że zrozumie doniosłość chwili.

Być może zdarzy się, że figlarny wiatr wymknie się spod kontroli, ośmieszy policję polityczną i przemknie nad tłumem. Wówczas ten wolny wicher w kraju „o zakneblowanych ustach” przekaże papieżowi prawdę, którą my się ośmielamy mówić tylko szeptem.

 

Tłumaczenie: Nina Łazarczyk

Schody budynku rozpadają się na tym samym rogu, na którym ogłoszono komunistyczny charakter rewolucji. Trzynastoosobowa grupa zdesperowanych ludzi zajmuje Kościół Miłosierdzia w dzielnicy Centro Habana i zostaje usunięta siłą tuż przed świtem. Telewizja pokazuje reportaż o mostach zniszczonych przez ludzi, którzy rozbierają je, by zbudować sobie domy. Arcybiskupstwo wydaje w gazecie Partii Komunistycznej obwieszczenie, które przypomina to z oficjalnych redakcji. Ziemniaki nadal pojawiają się na straganach jedynie sporadycznie, a ich cena na czarnym rynku wciąż rośnie. Wykonawca muzyki hip-hop zostaje zaaresztowany za protestowanie przeciwko sposobowi w jaki traktują w szkole jego syna i za zerwanie zdjęcia Camilo Cienfuegos z drzwi szkoły. Kardynał wygłasza przemówienie w wieczornym paśmie programowym w tym samym dniu, w którym przed 55 laty pewien młody człowiek wszedł na siłę do rozgłośni radiowej.

Hugo Chávez przechodzi rekonwalescencję na Kubie owianej sekretami i plotkami dotyczącymi powrotu Okresu Specjalnego. Książka Fidela Castro zostaje zaprezentowana intelektualistom z Ameryki Łacińskiej, na tysiące kopii tej książki przeznacza się roczny przydział papieru dla jednego wydawnictwa. Lekarz ogłasza strajk głodowy, by przywrócono mu prawo leczenia pacjentów. „Wojna cybernetowa” urasta do niewyobrażalnych rozmiarów, a sieci społeczne traktuje jako broń w walce lub wroga, którego trzeba zniszczyć. Pewien człowiek nakręca swoim telefonem komórkowym pożar, a policja mu go później konfiskuje, by pokazać „brzydką stronę wydarzeń”. W środku wojny przeciw tajemnicom pewien dziennikarz atakuje ludzi, którzy kupują duże ilości ciastek i wypieków po to, by je później ponownie sprzedać. Zima żegna się z Hawaną chwilę po tym, jak wyciągnęliśmy z szaf płaszcze. Ogłoszono, że krokodyl wywieziony nielegalnie wróci na naszą Wyspę z Włoch wraz z papieską świtą.

A ja zadaję sobie pytanie: „Czy te wszystkie znaki i wydarzenia są zapowiedzią początku czy końca? Czy zwariowaliśmy czy też dopiero teraz zaczynamy myśleć logicznie?

tłumaczenie: Karolina Popović
redakcja: Anna Pawłowska


Zdjęcie zaczerpnięte ze strony www.iabcrew.com

Wchodzi po schodkach na pokład samolotu. W torbie podręcznej ma okulary, nadgryzioną kanapkę i hiszpański paszport wydany na jej nazwisko. Jednak jeszcze za wcześnie, żeby móc się nim legitymować. Przebywając na terytorium Kuby, może okazać wyłącznie ten drugi, niebieski z godłem ukazującym samotną palmę, paszport urodzonej w Hawanie. Już przeszła odprawę celną, okazała pozwolenie na wyjazd i zapłaciła – wprawdzie niechętnie – za dodatkowe opłaty lotniskowe. Kiedy z megafonów podano informację o wylocie jej samolotu na Bahamy, poczuła, że jest bliska przejścia metamorfozy. Nie słucha już stewardessy witającej pasażerów na pokładzie, ani nie dostrzega migającej lampki przypominającej o zapięciu pasów bezpieczeństwa. Pozbywając się wyspiarskiej otoczki, jej umysł koncentruje się teraz na odrzuceniu kubańskiego obywatelstwa na rzecz tego drugiego, które pozwala jej stać się częścią świata.

Tak jak i ona, wielu pozostałych pasażerów leci do Nassau z tym samym zamiarem wykorzystania tam swojej hiszpańskiej narodowości. Opuszczają Kubę jako jej rodowici mieszkańcy, a lądują na wyspie New Providence jako obywatele wspólnoty europejskiej. Przemiana zachodzi w czasie lotu, podczas którego kilometry dzielą Antyle i Bahamy, ponad taflą lazuru dzielącą dwa archipelagi. Takie posunięcie zapewni podróżnym możliwość przyjazdu do Stanów bez konieczności posiadania wizy oraz pozwoli im na uniknięcie podejrzliwych spojrzeń przy stanowiskach kontroli pasażerów. Międzynarodowe Lotnisko Lynden Pindling staje się miejscem metamorfozy, przypieczętowania podwójnego obywatelstwa, które nie jest uznawane w ich własnym kraju.

I potem znów nadchodzi moment powrotu i przemiany, tyle że w odwrotną stronę. Samolot ląduje na terminalu piątym w naszej stolicy, rodzina wypatruje nowo przybyłej. Celnik zasypuje ją pytaniami, podczas gdy zostaje wezwana do oddzielnego pomieszczenia w celu dokonania rewizji jej bagażu. Na dnie torebki leży jej hiszpański paszport, niepozorny notes w czerwonej okładce zachowany na kolejną podróż do Nassau – miasta na magicznej wyspie, na której życie (w przeciwieństwie do lustra Alicji) wygląda nie tak jak to po lewej, ale po prawej stronie lustra.

Tłumaczenie: Nina Łazarczyk